W jaskini młodych Alph dziwnie się czułem. Mid nigdy nie było więc nudziło mi się. Postanowiłem przeprowadzić się do ojca. Raz że Tristan miał by towarzystwo w postaci Jay'a a ja mógłbym pogadać z ojcem. Szybko znalazłem siostrę.
- Mid nie przeszkadzało by Ci gdybym przeprowadził się do ojca?
<Mid?>
wtorek, 16 sierpnia 2016
Od Spartakusa
- Łap Fuks! - normalnie bawiłem się z nim jak człowiek z psem. Tylko,że gdy człowiek żuci psu patyk ten go przyniesie z powrotem i zabawa od początku. Co innego jeżeli bawi się z ptakiem kontrolującego ogień. Wtedy trzeba uzbierać całą grupkę patyków bo gdy się jeden żuci zostanie spalony. I na tym właśnie polega zabawa z Fuksem.
- Kra! - zakrakał(tak wiem,że to orzeł) i ruszył za patykiem. Po chwili kolejna kupka popiołu znalazła się na ziemi.
- Co robisz? - usłyszałem za sobą.
Ktoś?
- Kra! - zakrakał(tak wiem,że to orzeł) i ruszył za patykiem. Po chwili kolejna kupka popiołu znalazła się na ziemi.
- Co robisz? - usłyszałem za sobą.
Ktoś?
Od Nymerii C.D. Makoto
Nasłuchiwałam dźwięków nocy, nie chcąc zasypiać. Wiedziałam, że znowu powrócę do skóry ślepej Aryi, a to było ostatnią rzeczą, jakiej pragnęłam. Ślepa Arya musiała żebrać na ulicy, cierpieć przez bezdomną dziewczynkę, wciąż sprawdzającą jej zmysły. Nawet skóra Nymerii Stark była przyjemniejsza, milsza, choć przesiąknięta zemstą i pełna śmierci. Ona zabijała, nie liczyła się z konsekwencjami, z życiem ofiar, jakby zabrano jej uczucia. Wciąż uparcie starając się nie zasnąć, spojrzałam na kudłacza. Syczał, klął, prawdopodobnie z bólu. Gdybym mogła, zapewne podniosłabym się i mu jakoś pomogła. Przecież jego rany nie mogły być śmiertelne. Znowu zaklął, tym razem głośniej, zapewne myśląc, iż tego nie słyszę. Westchnęłam cicho.
- Dlaczego nie pozwoliłeś, by opatrzyła twą ranę? - zapytałam szeptem. Odwrócił pysk w moją stronę.
- Nic mi nie jest. - rzekł obojętnie, patrząc na mnie. - Powinnaś odpoczywać.
- Oboje coś powinniśmy. Ja powinnam odpocząć, ty zaś pozwolić medyczce opatrzyć twe rany.
- Nie pójdę do niej.
- W takim razie ja nie pójdę spać.
Umilkł, odwracając się ode mnie. Ja nie mogłam tego uczynić, toteż wpatrzyłam się w ułamek świata widoczny przez wyjście jaskini.
Ser Góra, Calrin, Słodyczek, ser Zarin, ser Levir, królowa Cliara. Valar morghulis.
Bezgłośna modlitwa choć na chwilę oderwała mnie od myśli o ślepej Aryi. Starałam się też myśleć o siostrze, wpatrując się w okoliczne drzewa z liśćmi mokrymi jeszcze od niedawnej ulewy, od ziemi pokrytej kałużami. W podobnym lesie ścigałam Aryanę. Znowu westchnęłam prawie bezgłośnie i poruszyłam ranną łapą, układając ją na jednej ze zdrowych. Ból na moment odezwał się ze zdwojoną siłą, ale, tak jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął. Po raz kolejny ciszę przerwał jęk, tak podobny do tego, który wydawał stary lord, chwytając się za krwawiące gardło. Zerknęłam na kudłacza.
- Mówiłam ci coś. - odezwałam się.
- Przed chwilą bredziłaś. - wychrypiał, plując na zimną skałę.
- Ty też zaczniesz, jeśli nie dasz sobie pomóc. Najpierw zaczniesz bredzić, potem w ogóle się nie odezwiesz. Na samym końcu umrzesz w męczarniach.
Mruknął coś niezrozumiałego.
- Wyjdziesz zza grobu, by dopełnić nasz wcześniejszy plan? - uśmiechnęłam się nieznacznie do odwróconego kudłacza.
- Dlaczego nie pozwoliłeś, by opatrzyła twą ranę? - zapytałam szeptem. Odwrócił pysk w moją stronę.
- Nic mi nie jest. - rzekł obojętnie, patrząc na mnie. - Powinnaś odpoczywać.
- Oboje coś powinniśmy. Ja powinnam odpocząć, ty zaś pozwolić medyczce opatrzyć twe rany.
- Nie pójdę do niej.
- W takim razie ja nie pójdę spać.
Umilkł, odwracając się ode mnie. Ja nie mogłam tego uczynić, toteż wpatrzyłam się w ułamek świata widoczny przez wyjście jaskini.
Ser Góra, Calrin, Słodyczek, ser Zarin, ser Levir, królowa Cliara. Valar morghulis.
Bezgłośna modlitwa choć na chwilę oderwała mnie od myśli o ślepej Aryi. Starałam się też myśleć o siostrze, wpatrując się w okoliczne drzewa z liśćmi mokrymi jeszcze od niedawnej ulewy, od ziemi pokrytej kałużami. W podobnym lesie ścigałam Aryanę. Znowu westchnęłam prawie bezgłośnie i poruszyłam ranną łapą, układając ją na jednej ze zdrowych. Ból na moment odezwał się ze zdwojoną siłą, ale, tak jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął. Po raz kolejny ciszę przerwał jęk, tak podobny do tego, który wydawał stary lord, chwytając się za krwawiące gardło. Zerknęłam na kudłacza.
- Mówiłam ci coś. - odezwałam się.
- Przed chwilą bredziłaś. - wychrypiał, plując na zimną skałę.
- Ty też zaczniesz, jeśli nie dasz sobie pomóc. Najpierw zaczniesz bredzić, potem w ogóle się nie odezwiesz. Na samym końcu umrzesz w męczarniach.
Mruknął coś niezrozumiałego.
- Wyjdziesz zza grobu, by dopełnić nasz wcześniejszy plan? - uśmiechnęłam się nieznacznie do odwróconego kudłacza.
<Makoto?>
Od Sparta C.D Sunrise
Zmarszczyłem brwi. Co jest? Znowu przede mną ucieka czy mi się zdaje?. Najpierw ojciec coś od niej chce. Teraz siostra. Może mi się zdaje. Westchnąłem i położyłem się na kamieniu. Słońce przyjemnie grzało i po chwili moje mokre futro wróciło do suchości. Postanowiłem się zdrzemnąć. Obudziłem się tak około po godzinie. Wstałem i ruszyłem przed siebie do mojej jaskini. Tam zobaczyłem przed medalion mamę. Wszystko było z nią w porządku. Wtedy usłyszałem ,,pukanie''.
Sunrise?
Sunrise?
Od Kiiyuko C.D. Viride
Szłam sobie lasem. Dziś był wyjątkowo piękny dzień. Zapach sosen, świerków czy brzóz był były jednymi z moich ulubionych. Spojrzałam przed siebie i ujrzałam wiewiórkę, która później najzwyczajniej w świecie uciekła. Usłyszałam wołanie.
- Eriv! Eriv! Chodźże tu! No weź! Eeeeeeriiiiv! Kurczę! - wyraźnie był to głos wadery. Miły dla ucha. Pobiegłam w stronę, z którego go słyszałam, kiedy nagle przede mną ukazała się chyba właśnie ona. Przewróciła się przez własny ogon. Przyznać trzeba, urodą nie grzeszyła. Była zielona, od razu skojarzyłam ją ze Strażnikami. A oni byli różni, podobni do niej. I mieli oczywiście takie kolory, zwykle rzucające się w oczy, czyste, związane z żywiołami. Zamiast sierści miała na sobie... Rośliny. Koniczyna, zajęczy szczaw, babka lecznicza i kilka innych. Mogłam to rozpoznać, gdyż byłam szamanką. Jej ogona wydawało się nie widać końca. Lecz można było dojrzeć przebłyski morskiego koloru.
- Zgubiłaś kogoś? - spytałam.
- Uch... Tak. Moją towarzyszkę... - jęknęła. Pomogłam jej wstać.
- Jak wyglądała? - przekrzywiłam głowę w zapytaniu. Opowiedziała mi o jej wyglądzie.
- W sumie to widziałam niedawno jak przebiegała tędy jeleniopodobna. Może to ona?
- Nie wiem, byłabym wdzięczna, gdybyś pomogła mi jej poszukać. - otrzepała się.
- Nie ma problemu, chodźmy. - rzuciłam i uśmiechnęłam się.
- Eriv! Eriv! Chodźże tu! No weź! Eeeeeeriiiiv! Kurczę! - wyraźnie był to głos wadery. Miły dla ucha. Pobiegłam w stronę, z którego go słyszałam, kiedy nagle przede mną ukazała się chyba właśnie ona. Przewróciła się przez własny ogon. Przyznać trzeba, urodą nie grzeszyła. Była zielona, od razu skojarzyłam ją ze Strażnikami. A oni byli różni, podobni do niej. I mieli oczywiście takie kolory, zwykle rzucające się w oczy, czyste, związane z żywiołami. Zamiast sierści miała na sobie... Rośliny. Koniczyna, zajęczy szczaw, babka lecznicza i kilka innych. Mogłam to rozpoznać, gdyż byłam szamanką. Jej ogona wydawało się nie widać końca. Lecz można było dojrzeć przebłyski morskiego koloru.
- Zgubiłaś kogoś? - spytałam.
- Uch... Tak. Moją towarzyszkę... - jęknęła. Pomogłam jej wstać.
- Jak wyglądała? - przekrzywiłam głowę w zapytaniu. Opowiedziała mi o jej wyglądzie.
- W sumie to widziałam niedawno jak przebiegała tędy jeleniopodobna. Może to ona?
- Nie wiem, byłabym wdzięczna, gdybyś pomogła mi jej poszukać. - otrzepała się.
- Nie ma problemu, chodźmy. - rzuciłam i uśmiechnęłam się.
<Viride?>
Od Sunrise C.D. Spartakus
Zmarszczyłam brwi i zanurkowałam. Otworzyłam pod wodą oczy. Widziałam jego łapy.
- Sun? Sun, gdzie cię wcięło? Wszystko ok? - podniósł taflę wody po przeciwnej stronie (w końcu był wodnym wilkiem). Wciągnęłam go pod wodę i zaczęłam podtapiać z szyderczym uśmiechem. W końcu się wyłonił.
- Ty... - warknął patrząc na mnie. Zaśmiałam się i zaczęłam uciekać. On, jak na mnie przystało, zaczął mnie gonić. Oczywiście woda uniemożliwiała mi szybkie poruszanie się biegałam po wodzie w te i wewte. W końcu wyszłam z niej i otrzepałam się. Spart również to zrobił.
- Powinnam iść do mojej siostry. Powiedziała mi, że mam jej w czymś pomóc. - oznajmiłam i ruszyłam w stronę jaskini siostry. - Do zobaczenia potem. - uśmiechnęłam się w odchodne.
- Sun? Sun, gdzie cię wcięło? Wszystko ok? - podniósł taflę wody po przeciwnej stronie (w końcu był wodnym wilkiem). Wciągnęłam go pod wodę i zaczęłam podtapiać z szyderczym uśmiechem. W końcu się wyłonił.
- Ty... - warknął patrząc na mnie. Zaśmiałam się i zaczęłam uciekać. On, jak na mnie przystało, zaczął mnie gonić. Oczywiście woda uniemożliwiała mi szybkie poruszanie się biegałam po wodzie w te i wewte. W końcu wyszłam z niej i otrzepałam się. Spart również to zrobił.
- Powinnam iść do mojej siostry. Powiedziała mi, że mam jej w czymś pomóc. - oznajmiłam i ruszyłam w stronę jaskini siostry. - Do zobaczenia potem. - uśmiechnęłam się w odchodne.
< Spart?>
Od Makoto C.D. Nymeria
Bez słowa wziąłem ją na plecy (znowu) i skierowałem się do naszej wcześniejszej lokacji.
- Ej, co ty robisz? - jęknęła. Nie odpowiedziałem. Ale najwyraźniej odpuściła.
Niosę cię, by twój stan się nie pogorszył, łajzo.
- A ty nie potrzebujesz pomocy? - usłyszałem nagle głos tej małej.
- Nie, ja dam radę. - odparłem, podrzucając na sobie Arry.
- Może chociaż to obejrzę i dam ci prepa...
- Dam radę. - przerwałem jej, podkreślając stanowczym tonem. Nie miałem ochoty bawić się w przyjście do lekarza, a jak będę grzeczny to dostanę coś słodkiego. Ruszyłem bez słowa do tamtej groty... Nie była ona zbyt duża, ale zbyt mała też nie. Więc mogliśmy tam zostać do rana bez problemu.
- Leż i nie wstawaj, bo drugi raz cię nosić nie będę. - rzuciłem beznamiętnie. Ona tylko wywróciła oczami. Położyła się pod ścianą i westchnęła. Dopiero teraz się zorientowałem, że przestało padać. Wyszedłem przed schronienie. Przysiadłem i spojrzałem w niebo. Pełnia księżyca oświetlała całą okolicę. Nie było aż tak jasno, ale można było większość zobaczyć.
W pewnym momencie przyleciał ptak. Od razu poznałem, że to Marcepan. Zakrakał na przywitanie i usiadł na czubku mojej głowy.
- Gdzie byłeś przez tak długi czas, co? - spytałem, patrząc przed siebie. On natomiast, znów zakrakał w odpowiedzi. Rzadko kiedy się odzywał, w końcu nie był papugą. Nie minęło kilka chwil, a przeleciał na sąsiednie drzewo.
Wtedy właśnie powrócił pulsujący ból, który przeszedł niczym prąd po moim ciele. Zacisnąłem szczęki i jęknąłem cicho. Powoli wróciłem do środka. Położyłem się w kącie groty i zacząłem odwijać część rękawa. Krew znowu zaczęła ciec.
- Cholera... - zakląłem pod nosem. Zawinąłem to z powrotem. Musiałem udać się do rzeki z samego rana. Albo chociaż jakiekolwiek wody.
Rozluźniłem ciało, zamykając oczy w bólu i położyłem się na boku. Musiałem przetrwać jakoś do rana. Musiałem.
- Ej, co ty robisz? - jęknęła. Nie odpowiedziałem. Ale najwyraźniej odpuściła.
Niosę cię, by twój stan się nie pogorszył, łajzo.
- A ty nie potrzebujesz pomocy? - usłyszałem nagle głos tej małej.
- Nie, ja dam radę. - odparłem, podrzucając na sobie Arry.
- Może chociaż to obejrzę i dam ci prepa...
- Dam radę. - przerwałem jej, podkreślając stanowczym tonem. Nie miałem ochoty bawić się w przyjście do lekarza, a jak będę grzeczny to dostanę coś słodkiego. Ruszyłem bez słowa do tamtej groty... Nie była ona zbyt duża, ale zbyt mała też nie. Więc mogliśmy tam zostać do rana bez problemu.
***
Kiedy byliśmy na miejscu, zrzuciłem z siebie wilczycę (oczywiście nie tak, że poleciała na drugi koniec groty, tylko tak normalnie).- Leż i nie wstawaj, bo drugi raz cię nosić nie będę. - rzuciłem beznamiętnie. Ona tylko wywróciła oczami. Położyła się pod ścianą i westchnęła. Dopiero teraz się zorientowałem, że przestało padać. Wyszedłem przed schronienie. Przysiadłem i spojrzałem w niebo. Pełnia księżyca oświetlała całą okolicę. Nie było aż tak jasno, ale można było większość zobaczyć.
W pewnym momencie przyleciał ptak. Od razu poznałem, że to Marcepan. Zakrakał na przywitanie i usiadł na czubku mojej głowy.
- Gdzie byłeś przez tak długi czas, co? - spytałem, patrząc przed siebie. On natomiast, znów zakrakał w odpowiedzi. Rzadko kiedy się odzywał, w końcu nie był papugą. Nie minęło kilka chwil, a przeleciał na sąsiednie drzewo.
Wtedy właśnie powrócił pulsujący ból, który przeszedł niczym prąd po moim ciele. Zacisnąłem szczęki i jęknąłem cicho. Powoli wróciłem do środka. Położyłem się w kącie groty i zacząłem odwijać część rękawa. Krew znowu zaczęła ciec.
- Cholera... - zakląłem pod nosem. Zawinąłem to z powrotem. Musiałem udać się do rzeki z samego rana. Albo chociaż jakiekolwiek wody.
Rozluźniłem ciało, zamykając oczy w bólu i położyłem się na boku. Musiałem przetrwać jakoś do rana. Musiałem.
<Nymeria?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)