Źle się czułem z taką ilością kłamstw i wader z którymi byłem w związkach. Postanowiłem wszystko wyjaśnić dzieciom. Xorax akurat siedział u mnie w jaskini.
- Xor zawołaj resztę rodzeństwa. Powiedz że to pilne.- Poprosiłem. Usiadłem na legowisku i zacząłem myśleć jak im to powiedzieć. Po jakimś czasie w jaskini pojawiły się wszystkie moje dzieci. Xor usiadł najbliżej mnie obok niego Thanatos potem Lex, Lor i Whyko, obok którego usiadła Midnight a obok niej Sunrise.
- No więc chciałbym wam coś wyjaśnić...
- No mów tato...- Mruknął Whyko a Lor zaraz ugryzł go w ucho.
- No więc chciałbym wam wyjaśnić dlaczego prawie każdy jest dzieckiem innej wadery... - Zająknąłem się i przełknąłem ślinę.
- No więc... Może zacznę od najstarszego?
- Może ja powiem jak to było?- Zapytał Xor. Skinąłem łbem.
- No więc ojciec zatrzymał się u mojej matki na noc. Chciał tylko się gdzieś zdrzemnąć ale moja matka Yesebel zakochała się w nim. Podała mu eliksir miłosny. Wtedy, w nocy, zostałem poczęty. Następnego dnia ojciec odszedł nie pamiętając o incydencie, który miał miejsce w nocy.- Powiedział basior i usiadł. Następny w kolejce był Thanatos.
- Ja też opowiem sam...- Powiedział.
- Moja matka urodziła się w wataże gdzie o losie wadery decydował ojciec. Jedynie ciąża zwalniała ją z obowiązku posłuszeństwa. Dziadek chciał wydać matkę za demona. Ona tego nie chciała. Ojciec ocalił ją od tego losu... Najzwyczajniej w świecie jej pomógł... A że ja jestem skutkiem ubocznym tej pomocy to nie szkodzi. Teraz tylko on mi został...- Zakończył swoją przemowę Thanatos.
- Ja też opowiem.- Powiedział Lex za poparciem Lora i Whyko.
- No więc ojciec kochał matkę. Ale ona jego nie. Zdradzała go na każdym kroku. A pewnego dnia po prostu jakieś wilki przyszły ją zabrać. Ojciec z nimi walczył aż uaktywniła się Furia. No i po sprawie. Nikt nie żyje, również matka. Dla mnie nigdy jednak nie była matką. Była zwykłą...
- Lex!- Warknąłem. Nie lubiłem kiedy Lex obrażał swoją matkę. Mimo że on miał rację...
- Matkę Mid kochałem... Ale samą Midnight poznałem dopiero kilka miesięcy temu. Matka zaraz po urodzeniu oddała ją ciotce Hope aby ją ochronić a sama zginęła, broniąc naszej córki...- Powiedziałem i spuściłem łeb.
- Z Sunrise było podobnie jak z Xoraxem. Również jej matka użyła eliksiru miłosnego...- Powiedziałem.
- Teraz już wszystko wiecie. Mam nadzieję że nie uważacie mnie za złego ojca... Przepraszam was za to wszystko....
<Ktoś chętny do dokończenia?>
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Od Makoto C.D. Nymeria
Moje uszy drgnęły. Coraz głośniej słyszałem dyszenie przeciwnika. Wypowiedziałem kilka drobnych słów. Pod drzewami, z naszej strony ustawiłem dwa własne cienie. Czyhały na wroga. Idealna pułapka. teraz tylko czekać. Przybrałem pozycję bojową i obserwowałem jeden punkt.
- Co do... - urwałem i zmarszczyłem brwi. Przed nami ukazało się dziwne stworzenie. Ni to wilk, ni to byk. Był ogromny, dyszał. Nogi miał od wilka, pysk od również. Jednak tułów był jakby od byka, czy też krowy. To samo ogon. Prócz tego miał ogromne rogi. Wyglądał obrzydliwie. Moje cienie sprawiły, że się przewrócił. Wybiłem się w powietrze, robiąc obrót i skoczyłem na nieprzyjaciela, wbijając zęby w jego szyję. Zaskomlał żałośnie. Kiedy zorientowałem się, że przebiłem mu wrażliwy punkt, odskoczyłem i splunąłem jego krwią. Czułem, że moje kły były pokryte szkarłatną cieczą. Oczy mi zabłysły. Tymczasem obserwowałem jak Arry szarżuje na "wilko-byka" z mieczem. W skoku przecięła mu miejsce, gdzie są żebra, a następnie wbiła miecz w brzuch, powodując bolesną śmierć. Wykrwawiał się. Z lasu wydobył się żałosny dźwięk kolejnego. Wadera straciła czujność. I ja prawie też.
- Szlag by to... Uważaj! - krzyknąłem i skoczyłem w jej stronę, wypychając ją z pola widzenia kolejnego gówniarza. Wylądowałem obok niej. Szybko podniosłem się z ziemi, a moja oznaka na moim lewym boku rozbłysła. Stworzyłem trzy cienie wokół nieprzyjaciela, które po kilku sekundach wybuchły, zadając mu niewielkie obrażenia. Rzuciłem się w jego stronę, znajdowałem się teraz nad nim. Lecz niestety nie przewidziałem tego, że może podskoczyć do góry i nadziać mnie na swoje rogi. Zranił mnie w łapę, a jednocześnie w żebra. Upadłem.
<Nymeria?>
Od Midnight C.D. Cheval
-Tak żaden problem-uśmiechnęłam się lekko.
-To może z rana?-zapytał wilk.
-Jasne, to spotkajmy się w tym miejscu o wschodzie-zaoferowałam.
-Dobry pomysł. To do jutra-uśmiechnął się basior.
-Dobranoc-powiedziałam odwzajemniając gest, po czym udałam się do swojej jaskini.
Nie spałam zbyt długo, gdyż za bardzo kusił mnie księżyc w pełni. Spędziłam większą część noc na obserwowaniu go i rozmyślaniu o przeszłości.
Rano.
Słońce zaczynało już wschodzić, więc pobiegłam miejsce, gdzie miałam spotkać się z Chevalem. Nie musiałam na niego czekać, ponieważ już był na miejscu.
-Cześć-przywitał się pierwszy.
-Hej-uśmiechnęłam się.
-Więc chodź pokaże ci kilka najfajniejszych miejsc-powiedziałam ruszając na przód.
Cheval?
-To może z rana?-zapytał wilk.
-Jasne, to spotkajmy się w tym miejscu o wschodzie-zaoferowałam.
-Dobry pomysł. To do jutra-uśmiechnął się basior.
-Dobranoc-powiedziałam odwzajemniając gest, po czym udałam się do swojej jaskini.
Nie spałam zbyt długo, gdyż za bardzo kusił mnie księżyc w pełni. Spędziłam większą część noc na obserwowaniu go i rozmyślaniu o przeszłości.
Rano.
Słońce zaczynało już wschodzić, więc pobiegłam miejsce, gdzie miałam spotkać się z Chevalem. Nie musiałam na niego czekać, ponieważ już był na miejscu.
-Cześć-przywitał się pierwszy.
-Hej-uśmiechnęłam się.
-Więc chodź pokaże ci kilka najfajniejszych miejsc-powiedziałam ruszając na przód.
Cheval?
Od Sparta C.D Sunrise
- Tak - kiwnąłem smętnie głową - Bardzo się o nią martwię. Widziałem ją...krzyczała. Coś jej się stało. Jestem tego pewny - westchnąłem. Wadera milczała i wpatrywała się we mnie ze skupieniem.
- Nie. To musiał być koszmar.
- Nie możesz tego wiedzieć - położyłem się - I tak pewnie nie żyje. Widziałem ją martwą. Jeżeli to była prawda...Czemu ja nie płaczę?! Czemu nie chcę się dowiedzieć prawdy?! - nagle pojawiła się we mnie furia - Obiecałem jej,że będę kimś wielkim! A kim jestem?! Ponurym tchórzem! - dopiero wtedy do mnie dotarło,że się uniosłam. Zazwyczaj spokojny jak wilki wody dzisiaj byłem inny.
- Wybacz - powiedziałem całkowicie spokojnie - Ale lepiej będzie jeżeli pójdę do domu. Miłego dnia.
Sunrise?
- Nie. To musiał być koszmar.
- Nie możesz tego wiedzieć - położyłem się - I tak pewnie nie żyje. Widziałem ją martwą. Jeżeli to była prawda...Czemu ja nie płaczę?! Czemu nie chcę się dowiedzieć prawdy?! - nagle pojawiła się we mnie furia - Obiecałem jej,że będę kimś wielkim! A kim jestem?! Ponurym tchórzem! - dopiero wtedy do mnie dotarło,że się uniosłam. Zazwyczaj spokojny jak wilki wody dzisiaj byłem inny.
- Wybacz - powiedziałem całkowicie spokojnie - Ale lepiej będzie jeżeli pójdę do domu. Miłego dnia.
Sunrise?
Od Mid C.D. Sunrise
Zaczęłam się śmiać. Sunrise popatrzyła na mnie jakby miała mnie za chwilę zabić, więc podeszłam do wody i wyciągnęłam ją.
-J-jakim cudem n-nie zamarzłaś-zapytała.
-No siostrzyczko żywioł ognia-powiedziałam dotykając ją łapą w plecy rozgrzewając ją w kilka sekund.
-Dzięki-powiedziała i położyła się wygrzewając się na słońcu.
-Żaden problem-uśmiechnęłam się kładąc się obok w cieniu drzewa.
Sun?
-J-jakim cudem n-nie zamarzłaś-zapytała.
-No siostrzyczko żywioł ognia-powiedziałam dotykając ją łapą w plecy rozgrzewając ją w kilka sekund.
-Dzięki-powiedziała i położyła się wygrzewając się na słońcu.
-Żaden problem-uśmiechnęłam się kładąc się obok w cieniu drzewa.
Sun?
Od Chevala
Przyzwyczaiłem się już nieco, że pod postacią wilka mój węch jest bardziej wyczulony niż u koni. Z łatwością wychwytywałem znajome i obce zapachy już z daleka. Tego dnia, gdy wracałem z samotnej wycieczki krajoznawczej po watasze, do mego nosa wpadła wilcza woń, którą już znałem, aczkolwiek nigdy nie poznałem jej właściciela. Nie miałem na ten wieczór już nic do roboty, więc postanowiłem odnaleźć nieznajomego. Ruszyłem za zapachem mniej więcej na północny wschód, przez las. Z każdą minutą zapach nasilał się. Nie wiedzieć czemu, zacząłem być niespokojny. Co, jeśli ten wilk tak naprawdę nim nie jest albo nie należy do watahy i chce wytępić jej członków? To raczej mało możliwe, ale...
Coś zaszelściło w krzakach po mojej prawej stronie i wyskoczyła z nich jakaś wadera. Przewróciła mnie i unieruchomiła. Potem jednak szybko przyjrzała mi się i łaskawie ze mnie zeszła.
- Wybacz, pomyślałam, że jesteś szpiegiem. To ty jesteś ten Chevel, prawda? - zapytała.
- Cheval - poprawiłem, wymawiając to tak jak należy - "szewal". Wstałem w międzyczasie i odkryłem, że wilczyca jest wysoka, mniej więcej mojego wzrostu.
- Ja jestem Midnight - przedstawiła się. Cofnąłem się o krok, przyglądając się jej uważnie. Miała trójkolorowe futro, niebieskie oczy i za okiem czarne znamię w kształcie księżyca.
- Coś nie tak? - zapytała Midnight, przekrzywiając lekko głowę.
- Skądże. Znasz dobrze te tereny?
- Raczej tak, a co?
- Tak sobię myślę... Jestem tu nowy... Czy nie mogłabyś pokazać mi jutro kilku ciekawych miejsc?
Coś zaszelściło w krzakach po mojej prawej stronie i wyskoczyła z nich jakaś wadera. Przewróciła mnie i unieruchomiła. Potem jednak szybko przyjrzała mi się i łaskawie ze mnie zeszła.
- Wybacz, pomyślałam, że jesteś szpiegiem. To ty jesteś ten Chevel, prawda? - zapytała.
- Cheval - poprawiłem, wymawiając to tak jak należy - "szewal". Wstałem w międzyczasie i odkryłem, że wilczyca jest wysoka, mniej więcej mojego wzrostu.
- Ja jestem Midnight - przedstawiła się. Cofnąłem się o krok, przyglądając się jej uważnie. Miała trójkolorowe futro, niebieskie oczy i za okiem czarne znamię w kształcie księżyca.
- Coś nie tak? - zapytała Midnight, przekrzywiając lekko głowę.
- Skądże. Znasz dobrze te tereny?
- Raczej tak, a co?
- Tak sobię myślę... Jestem tu nowy... Czy nie mogłabyś pokazać mi jutro kilku ciekawych miejsc?
<Midnight?>
Od Nymerii C.D. Makoto
Uśmiechnęłam się pod nosem. Ostrzegał, a jednocześnie nadal popychał mnie w stronę spisku, który z każdą chwilą wydawał mi się atrakcyjniejszy. Jako bękart nie miałam szansy na władanie czymkolwiek, nawet przez mężczyznę. Zaś moja przyrodnia siostra nie chciała niczym władać, a jedynie mieć męża, w końcu była zaręczona z dziedzicem tronu. Nawet była ładniejsza ode mnie. Dla niej, jej przyjaciółek i całej reszty byłam tylko Nymerią o końskim pysku. Tylko ojciec mówił, że jestem ładna. Lady Stark twierdziła, że mogłabym być ładna, tak jak Aryana, gdybym tylko się umyłam, uczesała włosy i zwracała więcej uwagi na ubiór. Ale nigdy tego nie robiłam. A oni już nie żyli, a Winterfell było ruiną. Ponownie spojrzałam na kudłacza.
- Powiedziałam tylko, że jestem mała. Nic nie wspominałam o rozsądku. - odezwałam się, przestając chichotać, niczym mała dziewczynka.
- Gdybyś była rozsądna, zapewne zostawiłabyś alphę w spokoju. Jest trzy razy większy od ciebie. - zakpił. Przez kilka ostatnich chwil tylko ze mnie drwił.
- W takim razie nie mogłabym zaatakować nikogo. Wszyscy są więksi ode mnie.
- Poza tą małą, wyszczekaną córką alphy. Jak jej było?
- Coś ze słońcem. Co nie zmienia faktu, że mogłabym przebić ją Igłą bez najmniejszego problemu.
Słońce Dorne.
- Najchętniej wymordowałabyś wszystkich, prawda? - zapytał, choćby na moment nie przestając drwić.
- Valar morghulis.
Wszyscy muszą zginąć.
Po mych słowach zapadła cisza, przerywana jedynie przez szum okolicznych drzew, jakiegoś malutkiego potoku, uderzaniem naszych łap o ziemię i czymś jeszcze. Cichutkie, ale ciężkie i szybkie kroki, zapewne cztery łapy, dosyć duży. Dyszał, jakby biegł przez wiele mil. Równał z nami krok, prawdopodobnie przygotowując się do ataku. Zatrzymałam się nagle. Chwyciłam zębami głowicę i szybkim ruchem, wyciągnęłam miecz zza pasa. Podrzuciłam go, zaraz po tym łapiąc trzon.
Samiec także się zatrzymał.
- Ktoś nas śledzi. Cztery łapy, ciężki krok. Dyszy jakby przebiegł kilka mil, albo nawdychał się czegoś. - powiedziałam najciszej, jak tylko mogłam, by ten mnie usłyszał.
Kudłacz rozejrzał się.
- Tuż przed nami, wśród drzew... Zaraz wyskoczy. - szepnął, przygotowując się do odparcia ataku. Ja zaś cofnęłam się kilka kroków, Ewentualnego wroga zaatakuję od tyłu, gdyby kudłacz zdecydował się szarżować na stworzenie.
- Powiedziałam tylko, że jestem mała. Nic nie wspominałam o rozsądku. - odezwałam się, przestając chichotać, niczym mała dziewczynka.
- Gdybyś była rozsądna, zapewne zostawiłabyś alphę w spokoju. Jest trzy razy większy od ciebie. - zakpił. Przez kilka ostatnich chwil tylko ze mnie drwił.
- W takim razie nie mogłabym zaatakować nikogo. Wszyscy są więksi ode mnie.
- Poza tą małą, wyszczekaną córką alphy. Jak jej było?
- Coś ze słońcem. Co nie zmienia faktu, że mogłabym przebić ją Igłą bez najmniejszego problemu.
Słońce Dorne.
- Najchętniej wymordowałabyś wszystkich, prawda? - zapytał, choćby na moment nie przestając drwić.
- Valar morghulis.
Wszyscy muszą zginąć.
Po mych słowach zapadła cisza, przerywana jedynie przez szum okolicznych drzew, jakiegoś malutkiego potoku, uderzaniem naszych łap o ziemię i czymś jeszcze. Cichutkie, ale ciężkie i szybkie kroki, zapewne cztery łapy, dosyć duży. Dyszał, jakby biegł przez wiele mil. Równał z nami krok, prawdopodobnie przygotowując się do ataku. Zatrzymałam się nagle. Chwyciłam zębami głowicę i szybkim ruchem, wyciągnęłam miecz zza pasa. Podrzuciłam go, zaraz po tym łapiąc trzon.
Samiec także się zatrzymał.
- Ktoś nas śledzi. Cztery łapy, ciężki krok. Dyszy jakby przebiegł kilka mil, albo nawdychał się czegoś. - powiedziałam najciszej, jak tylko mogłam, by ten mnie usłyszał.
Kudłacz rozejrzał się.
- Tuż przed nami, wśród drzew... Zaraz wyskoczy. - szepnął, przygotowując się do odparcia ataku. Ja zaś cofnęłam się kilka kroków, Ewentualnego wroga zaatakuję od tyłu, gdyby kudłacz zdecydował się szarżować na stworzenie.
<Makoto?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)